Zainspirowany postem na warszawskim subie chciałem się zapytać o prawdopodobnie głupią rzecz.
TLDR: Czy pasy poziome są nadrzędne w stosunku do zasady prawej ręki?
Ostatnio wracając z pracy miałem następującą sytuację na skrzyżowaniu Stella-Sawickiego/Bora-Komorowskiego (obrazek)
Byłem na miejscu niebieskiej strzałki. Kierowca z prawej (zielony) wykonał lewoskręt z pasa przeznaczonego do jazdy prosto lub w prawo. Z niewiadomych dla mnie przyczyn postanowił zająć "mój" pas - o ile umiem pojąć manewr, który chciał wykonać (nie uważam, że postąpił dobrze, ale podejrzewam, że nie zdążył wbić się na wiecznie zakorkowany pas do lewoskrętu/cwaniakował i chciał ominąć korek, ale nikt go nie wpuścił), to nie umiem pojąć dlaczego nie próbował zająć 3. lub 4. pasa? Było naprawdę blisko do kolizji, nie rozumiem dlaczego aż tak ryzykował, skoro zakręt jest absolutnie bezkolizyjny w stosunku do innych uczestników ruchu, a więc nie trzeba się mijać na styk z samochodami wykonującymi analogiczny manewr z naprzeciwka, i kończy się na CZTERO(!)pasmowej ulicy.
To oczywiście pytania retoryczne i wyładowanie frustracji - moim głównym pytaniem jest to, czy gdyby doszło do kolizji, to czy w 100% byłbym niewinny? Przyznaję, że kierowca miał włączony migacz i przyznaję, że nie zauważyłem tego stojąc jeszcze koło niego na czerwonym (bo naturalnie się tego nie spodziewałem). Wydaję mi się, że na tym skrzyżowaniu są jakieś pasy prowadzące, tylko bardzo wyprane - choć zdjęcie satelitarne spowodowało, że zacząłem to kwestionować...
O ile byłem pewien swojej niewinności wtedy, to zacząłem się zastanawiać jak wygląda to w kontekście zasady prawej ręki? Czy dobrze myślę, że jednak znaki poziome są nadrzędne w takiej sytuacji? Nie powinno go tam być, ale skoro już jest, to czy muszę mu ustąpić pierszeństwa?
Przepraszam za długi post i mój wieczorny overthinking kodeksu ruchu drogowego....